poniedziałek, 17 listopada 2014

ROBERT MAKŁOWICZ - relacja ze spotkania podczas Terra Madre Slow Food Festiwal

Tydzień temu zakończyła się pierwsza edycja Terra Madre Slow Food Festiwal 2014 w Krakowie.
Moje zdjęcia z tego wydarzenia możecie obejrzeć  NA TEJ STRONIE

Dziś relacja z kolejnego niezwykłego spotkania jakie towarzyszyło Terra Madre Slow Food  Festiwal w Krakowie. Jednym z honorowych gości tego wydarzenia był Robert Makłowicz. 
Ma on prawdziwy dar do opowiadania historii. Barwnością i lekkością słowa przenosi słuchaczy w miejsca odległe i te, które są tuż za miedzą i robi to tak ciekawie, że za każdym razem potrafi tymi opowieściami rozbudzić wielką ciekawość świata i niepohamowany apetyt. Słuchaczy czaruje nie tylko słowem, ale też ich rytmem, intonacją, charakterystycznym brzmieniem głosu, gestykulacją. 

I teraz spróbujcie wyobrazić sobie sprowadzenie relacji ze spotkania Roberta Makłowicza z Jackiem Szklarkiem, prezesem Slow Food Polska do krótkiej wymiany informacji o ich poglądach i opiniach dotyczących poruszanych na spotkaniu tematów. 
Potraficie, bo ja nie :) 
Będzie więc obszerny zapis z tej rozmowy. Zapraszam do lektury.

Dowiecie się dlaczego i za co Robert Makłowicz kocha Galicję.

Będzie opowieść o tym jak upadek komunizmu wpłynął na zmianę naszego podejścia do jedzenia.

Dowiecie się jakie Robert Makłowicz ma zdanie o blogerach kulinarnych. 
Zdradzę wam, że nie najlepsze :) Cóż, będę musiała z tym żyć :):)  
Nie zmienia to jednak mojej sympatii wobec niego i szacunku jakim go darzę za jego wiedzę, pasję z jaką przemierza kontynenty w poszukiwaniu najlepszych smaków i niedoścignioną umiejętność obrazowania słowem. 

JACEK SZKLAREK :
Nasze dwudniowe spotkanie związane z produktami z Polski i Europy Środkowej dobiega końca. Przed nami rozmowa z Robertem Makłowiczem. Z czystym sumieniem i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jest on osobą, która zrobiła niewyobrażalnie wiele dla Europy Środkowej, produktów z Europy Środkowej i dla gastronomi. Trzeba o tym pamiętać i o tym przypominać. Roberta Makłowicza wszyscy znamy z długowiecznych programów "Makłowicz w podróży". Pamiętajmy, że niewiele osób było w stanie wytrwać na scenie telewizyjnej przez tak długi okres.

ROBERT MAKŁOWICZ :
Irena Dziedzic :):):)

JACEK SZKLAREK :
 I wciąż oglądalność programów Roberta Makłowicza jest niesłabnąca i o tym też będziemy mówić. Robert Makłowicz poza tą działalnością telewizyjną, jest też osobiście absolutnym fascynatem podróży, historii i kulinariów. Jeżeli mu powiecie hasło Morawy, Węgry, Triest, Wiedeń - on o każdym z tych miejsc będzie z pasją wielką snuł opowieść. Wszystko to zawarł w książce, którą wydał o Galicji, o Wiedniu o Europie Środkowej - jej czytanie to fantastyczna przygoda. Oczywiście dzisiaj będzie tylko okazja by w taki podstawowy sposób o tym usłyszeć.

Robercie, powiedz mi,  jak to w czasie kiedy po obaleniu komunizmu gdy wszyscy mieliśmy parcie na zachód ty jednak chciałeś mówić o Europie Środkowej, o Łemkach , o ich produktach.
Skąd się u Ciebie wzięło to zainteresowanie tym regionem ?


ROBERT MAKŁOWICZ :
Oczywiście kiedy upadł komunizm to normalny był tzw syndrom "świeżo otwartej klatki", czyli wszyscy uciekali jak najdalej, uciekali do miejsc, których nie mogli z tej klatki nawet dostrzec. Ludzie zaczęli masowo penetrować możliwie jak najdalsze rejony świata, a ja zacząłem nie rezygnując rzecz jasna i z dalekich wyjazdów, rozglądać się wokół i jeździć również w miejsca dość bliskie, ale w takie, w których nigdy nie byłem. Wiąże się to z pewnością i z tym, czym mnie karmiono w dzieciństwie i za młodu. Kuchnia w moim domu była pewnego rodzaju mieszanką środkowoeuropejską. Były tam i potrawy powszechnie uznane za węgierskie, potrawy powszechnie uznane za huculskie, potrawy powszechnie uznane za czeskie czy też morawskie, austriackie, polskie - klasyczna mieszanka charakterystyczna dla kogoś kto dotknięty jest środkowoeuropejskim syndromem "kundlizmu", czyli kogoś takiego jak ja, bo jestem z różnych glin ulepiony, ale w zasadzie te wszystkie gliny można nazwać jedną glina, czyli gliną środkowej Europy .
Zrozumiałe, że skoro już mogłem wyjechać, to przede wszystkim chciałem pojechać i zobaczyć jak w rzeczywistości robi się halaszle węgierskie, na które mam przepis zapisany ręką mojej prababci; czy też knedle karlovarskie, na wykonanie których również przepis figuruje w starych domowych książkach; czy też bogacze, takie charakterystyczne madziarskie ciastka ze skwarkami z wędzonej słoniny i tak dalej tak dalej.
Tak wiec siłą rzeczy się tym zainteresowałem, bo interesując się tym interesowałem się zarazem tym, kim ja jestem. Bo ja jestem wypadkowa tych wszystkich miejsc, wiec było to poniekąd również zainteresowanie genetyczno-rodzinne.

JACEK SZKLAREK :
Robercie, mieliśmy wczoraj spotkanie z Wojtkiem Amaro, którego przygoda z szeroką publicznością zaczęła się w zasadzie od nadania Gwiazdki Michelin. Ty zacząłeś o kuchni mówić w zupełnie innym momencie kiedy nie było to jeszcze trendy.

ROBERT MAKŁOWICZ :
Ja nie chcę tutaj by to spotkanie wyglądało na swego rodzaju kombatanctwo :) W telewizji pokazują mnie już prawie tak długo jak Irenę Dziedzic. Szesnaście lat, drodzy państwo, szesnaście lat ! A wcześniej jeszcze pisałem do gazety w Krakowie, do dodatku Gazety Wyborczej, wiec zajmuje się tym mniej więcej od 1992 roku. Dziewięćdziesiąty drugi rok, no proszę sobie przypomnieć co wtedy było do jedzenia :)  Ja pamiętam jak byłem w jakiejś hinduskiej pierwszej restauracji w Warszawie i tam szef mi mówił jak sobie radzi z potrawami, które wymagają użycia mleczka kokosowego. I on powiedział, że dolewa mleko skondensowane, bo w ogóle nie było mleka kokosowego w Polsce. 
Czy też jeszcze nie tak dawno, 4 czy 5 lat temu, ja jeżdżąc po różnych innych krajach prawie wrzeszczałem do tej kamery, czemuż w Irlandii można robić cydr, czemu można robić cydr w Anglii, a w Polsce mamy tyle jabłek, a marnujemy je w kompotach i przecierach zamiast coś jadalnego, pijalnego z tych jabłek zrobić. I bardzo proszę, jest polski cydr ! 
Tyle rzeczy się spełniło. No dobra, kilka się nie spełniło. 
W dalszym ciągu nie można sobie własnej destylarni postawić w gospodarstwie własnym rolnym i robić destylatu owocowego. Tutaj fiskalizm państwa i przepisy wiedzione raczej z zaboru rosyjskiego, a nie austriackiego są dominujące. 
Ale mnóstwo rzeczy już można. Pamiętam bezradność winiarzy 10 lat temu, czy nawet 15 lat temu, bo oni już wtedy robili w Polsce wino, ale nie mogli tego wina sprzedawać. Był idiotyczny przepis fiskalny zabraniający im sprzedaży. Teraz mogą. Trzeba się było użerać oczywiście mnóstwo czasu, ale jednak te rzeczy się spełniają. 



Zresztą takie miejsca jak te targi dzisiaj, gdybym ja sobie pomyślał, że ja 5 lat temu czy 8 lat temu będę na targach Slow Foodu na których będą regionalni producenci podający polski ser, który nie dość że jest jadalny, to wręcz jest dobry ! Przecież 10 lat temu nie było żadnego jadalnego sera w tym kraju. Żadnego, ŻADNEGO !
Wędliny, przecież one po '89 roku, potwornie się popsuły. Zniesiono te komunistyczne normy, które jakie by nie były, takie były, ale przynajmniej wiadomo było, że Kiełbasa Krakowska musi być TAKA, a baleron musi być TAKI, a Kiełbasa Śląska musi być TAKA. Ponieważ zachłysnęliśmy się wolnością, więc doszli do wniosku również w branży wędliniarskiej, że rozporządzenia i dyrektywy są niepotrzebne, wszystko wolno. No i zobaczcie państwo, każda Kiełbasa Krakowska jest inna w tej chwili. Ale są ludzie, chociażby Staszek Mądry, którzy chcą znowu przywrócić normy i którzy chcą zastrzec znak tego wyrobu. Jeśli państwo pojadą w tej chwili do Austrii, do Francji, do Niemiec - to wszędzie tam państwo natrafią na Krakauer Wurst. Można ją robić wszędzie i ona wszędzie wygląda inaczej. Chodzi o to, że to jest chyba najbardziej znany produkt spożywczy Polski i dobrowolnie pozbyliśmy się kontroli nad nim. To powinien być produkt, który po pierwsze powinien wyglądać jednakowo, po drugie powinien mieć apelację, a po trzecie dlaczego Kiełbasę Krakowską można, z całym szacunkiem, robić w Szczecinie ? To powinna być rzecz już z samej nazwy przypisana do pewnego obszaru geograficznego tak jak Kiełbasa Lisiecka czy mniej znana Kiełbasa Tuchowska, która może mniej słynna, ale jak ktoś lubi dobrą wiejską to polecam okolice Tarnowa i Tuchów. No po prostu fenomenalna rzecz. 
I tak to powinno wyglądać, ale kto w ogóle o tym myślał 15 lat temu ? 
Nikt, a dziś Boże Święty, tutaj jadłem takie kiełbasy, że ja o nich mogłem 15 lat temu tylko czytać w książkach, które dawniej na Kaszubach w skansenach rozdawali opisując jak to drzewiej bywało.
Oczywiście chcielibyśmy, żeby było Citius Altius i Fortius, ale z drugiej strony, to co się tutaj zdarzyło jest niezwykłego rodzaju rewolucją. Rewolucją - nie lubię tego słowa - przyśpieszoną ewolucją, czyli zrodziło się z niczego. Proszę sobie przypomnieć ludzi, którzy jeszcze w 90-tych latach  kupowali po kilogramie sera żółtego. Przecież człowiek rocznie tyle sera żółtego nie zjada. A to nie był ser żółty, to był wyrób seropodobny. Dzisiaj widzę, że ludzie przychodzą i kupują tyle, ile trzeba, czyli 100 g sera. Co prawda wszyscy namiętnie jeszcze wciąż proszą o krojenie chleba, czego kompletnie nie rozumiem. Takie maszyny specjalne wprowadzili. No dobra, ale ser w plasterkach już na szczęście coraz rzadziej się sprzedaje. 

Zmieniliśmy radykalnie podejście do jedzenia. 
A z czego się to wzięło ? Z bardzo prostej przyczyny. Uświadomiliśmy sobie mianowicie, i cały czas sobie uświadamiamy, że kuchnia to nie jest jakiś determinizm darwinowski i biologia,  to jest element kultury. To nas różni od zwierząt, że jemy świadomie i to co jemy i jak jemy świadczy o nas samych. I nie chodzi tylko o to, by przetrwać i podtrzymać gatunek. Jest to po prostu element kultury i tego nas PRL oduczył.


JACEK SZKLAREK :
Proszę Państwa, za naszymi plecami, nie możemy pominąć  fantastycznego  szefa kuchni jakim jest Rafał Kopicki. Rafał pracuje, nomen omen, w miejscowości Przyjaźń -  rzut beretem z jakieś 15 może 20 km od Trójmiasta i dzisiaj Robert przygotuje nam kilka rzeczy z dziczyzny.

RAFAŁ KOPICKI :
Tutaj na tych wykałaczkach mamy lizaki z dziczyzną.

JACEK SZKLAREK :
Dla dzieci ?  :)

RAFAŁ KOPICKI :
Może bardziej dla dorosłych :)
Serwujemy również pasztet z dziczyzny w cieście francuskim i galaretce porzeczkowej. Trzecią naszą specjalnością będzie dziś stek z jelenia na pure z selera.


JACEK SZKLAREK :
Rafałowi życzymy miłej pracy :)
Robercie, powiedz jeszcze jeśli ktoś z obecnych tutaj miałby się wybrać w podróż do Węgier, do Rumunie, do Austrii, na Czechy, na Słowację - podaj proszę po jednym przykładzie z tych krajów z Europy Środkowej, takim który zapadł ci w pamięci.

ROBERT MAKŁOWICZ :
Ja się w te podróże wybieram bardzo często nawet siedząc w domu w Krakowie. Nawet mogę powiedzieć co wczoraj miałem na obiad, sam robiłem :) Postanowiłem sobie zrobić mianowicie paprykarz z kurczaka, madziarski paprykarz. Ale nie w takiej uproszczonej wersji, czyli pierś pochodzącą od jakiegoś kurczaka z obozu koncentracyjnego dla kurczaków, tylko tak jak to się drzewiej robiło na Węgrzech - czyli z całego kurczaka i to musiał to być kurczak wolnowybiegowy, zagrodowy, radosny, szczęśliwy. Do tego kupiłem tylko kilka produktów, ale one muszą być najlepszej jakości. Proszę od razu zatkać uszy jeśli komuś obrzydło słowo smalec :) Do tego niezbędny jest smalec. I oczywiście tu nie chodzi o taki smalec w kostce, jaki można u nas w sklepie kupić (bo ten smalec jest robiony nie metodą wytapiania, a wygniatania i śmierdzi niemiłosiernie jak się go roztopi). Chodzi o smalec węgierski z mangalicy, czyli takiej równie szczęśliwej świni jak ten kurczak zagrodowy; takiej której się nie da wsadzić do chlewa i ona sobie nawet w zimie biega wolna. Jest porośnięta włosem jak pudel.
Można taki smalec kupić w Krakowie bez problemu na Starym Kleparzu. Jeszcze 5 lat temu przywoziłem go z Węgier i mroziłem. Do tego papryka słodka z Segeru albo z Kaloczy; jeden pomidor, trochę papryki ostrej i jedna świeża papryka nie hiszpańska, nie ta baniowata, tylko podłużna . I nic więcej nie trzeba, sól, Tylko trzeba to umiejętnie zrobić. To jest tak genialne ! Do tego galuszki, kluseczki rozkoszne, papryka nadziewana kiszoną kapustą, węgierska, albo kiszone takie malutkie dziecięce arbuziki . No i tyle, i to było tak dobre; to też była podróż.
Gdzie pojechać ? Wszędzie tam, gdzie przemysł turystyczny nie poczynił jeszcze tak wielkich szkód. Drodzy państwo, u nas przecież wszędzie jest ta samo. Jeśli chcecie w Krakowie zjeść coś dobrego, to raczej omijacie okolice Rynku Głównego. Może jest kilka miejsc sprawdzonych do których można tu chodzić, a cała reszta to są pułapki zastawione na turystów, obliczone na turystę, który przyjdzie tam raz i więcej tam nie wróci. Mniej więcej to tak samo wygląda w większości miast. Miejsca, które są najbardziej turystyczne to te, w których nie powinno się jadać. Wystarczy patrzeć, czy wszyscy w środku siedzą i mówią po angielsku w kraju, który nie jest angielskojęzyczny to trzeba stamtąd uciekać i szukać miejsc dla lokalnych ludzi.
Ja mógłbym godzinami mówić co jest najpiękniejsze w Środkowej Europie. Dla mnie najpiękniejsze są takie miejsca, gdzie w jednym miejscu mamy wszystko naraz. Bo to nie sztuka pojechać do jednego kraju i słuchać tylko tej mowy która w danym kraju obowiązuje, widzieć tylko te świątynie które w danym kraju stoją i jeść tylko to co w danym kraju się z reguły podaje. 
Trzeba znaleźć takie miejsce. JEDNO ! Takie, które jest wielością jedności, Takim miejscem w dalszym ciągu jeszcze jest Transylwania. Są tam obecne trzy kultury : rumuńska, węgierska, niemiecka. Jak ktoś ma ochotę na mamałygę z bryndzą - a ja akurat często mam ochotę, bo mam fragment rodziny pochodzącej z huculszczyzny, wiec mamałyga posypana bryndzą i na to skwarki z wędzonej słoniny i do tego kefir to jest dla mnie obłędne jedzenie. Przedwczoraj miałem na obiad :) To był piątek, wędzona słonina to nie mięso, skwarki zwłaszcza:):) Ja wiem, że wiele ludzi u nas tego nie znosi, ale dla mnie mamałyga, vel polenta, vel kasza kukurydziana to coś co uwielbiam po prostu, mam to w genach. Ale tam jest takie jedzenie. 
Pamiętajcie państwo, że wszystko co odnajdziecie w naszej kulturze karpackiej, góralskiej, zawiera się w kulturze karpackiej rumuńskiej bo stamtąd pochodzi przecież. Po najazdach tatarskich kiedy łuk Karpat był opustoszały, królowie zarówno polscy jak i węgierscy, po tamtej stronie, zapraszali w Karpaty tych, którzy się na gospodarce pasterskiej, górskiej najlepiej znali - czyli wówczas Wołochów, czyli protorumunów. Zatem słowa typu bryndza, redyk, limba  fujarka to są słowa pochodzenia rumuńskiego. Jest więc iunctim  pomiędzy kuchnią, mówiąc w skrócie, naszą góralską, a kuchnią rumuńską pasterską. Ale z drugiej strony jest też pewnego rodzaju łączność pomiędzy naszą kuchnia góralską, a kuchnią węgierska, bo przecież przez blisko 1000 lat dzisiejsza granica polsko-słowacka to była granica polsko-węgierska. W Siedmiogrodzie mamy Węgrów, na dodatek są to niezwykle interesujące etnicznie grupy; mamy Szeklerów, którzy są taką osobną wartością węgierską. Oni mówią po węgiersku, ale bardzo często są Unitarianami. Unitarianie to nasi Arianie. W Siedmiogrodzie obowiązywała wolność wyznaniowa przez cały czas, więc różnego rodzaju grupy religijne prześladowane gdzie indziej tam się udawały i oni mają zupełnie osobną kuchnię. Takie danie, które w Środkowej Europie jemy dość powszechnie i ono się nazywa w Austrii albo w Czechach albo w Polsce gulaszem segedyńskim. Jest to wieprzowina duszona z papryką i z kiszoną kapustą. W oryginalnej nazwie jest to gulasz seklerski właśnie. I żeby nie było za bardzo dietetycznie - tam oprócz wieprzowiny, wędzonej słoniny, kiszonej kapusty jest jeszcze wlana śmietana kwaśna żeby się człowiek lepiej poczuł :) 
I mamy tam Sasów i mamy tam Szwabów. Wszystko w jednym - niezwykła mieszanka. Znam taką wieś seklerską, po węgiersku Torocko, po rumuńsku Rimetea, do której jedna droga prowadzi. Przepiękna to wieś, pięknie odnowiona; dostała nagrodę Europa Nostra, takiego  oscara konserwatorskiego. Święta góra Seklerów się nad nią wznosi. Nie ma tam ani jednego sklepu. Wszystko co oni tam podają, a są tam pensjonaty, jest domowe, włącznie ze śliwowicą. Dla kogoś, kto się interesuje slow foodem to można zwariować. Własny chleb pieczony codziennie, a zakwas na ten chleb jest  pewnie w tym gospodarstwie jeszcze od pierwszej wojny światowej, bo tam się nikt nie przemieszczał. Zawsze zostawia się trochę zakwasu i potem dodaje do kolejnego chleba, i znowu zostawia się trochę i to tak może trwać kilka pokoleń. Taki właściciel robi znak krzyża na chlebie, a chleb przepiękny -  na początku wydaje się, że jest spalony, bo jest z pieca opalanego drewnem. Następuje procedura opukiwania. Odpada wtedy to wszystko, co się spaliło i taka złota skórka się wtedy wyłania. Do tego domowe wędliny na śniadanie. Oczywiście na czczo kieliszek śliwowicy, bo to jest na robaki obowiązkowo :):)  No dobra, kupują kawę i herbatę, wydaje mi się, ale całą resztę mają swoją włącznie z winem i destylatami. To jest bajka.





JACEK SZKLAREK :
Powiedzcie państwo, czy dar słowa, który dany jest naszym kucharzom osiąga taką pełnię jak w wydaniu tej oto osoby, która tutaj siedzi ?

ROBERT MAKŁOWICZ :
Ale ja nie jestem kucharzem, od razu uprzedzam

JACEK SZKLAREK :
Ale to ja wiem stary. Najczęściej kucharze nie są kucharzami, a jednak nimi są. Chciałem cię zapytać jak ty siebie postrzegasz ? 
Dzisiaj ludzie, którzy nigdy nie pracowali w restauracji dosyć łatwo zakładają kitel, który właśnie nosi będący z nami Rafał Kopicki i często stają się taką karykaturą szefa kuchni

ROBERT MAKŁOWICZ :
Ale nie dotyczy to naszego szefa kuchni oczywiście !

JACEK SZKLAREK :
Nie dotyczy, broń Boże. Dzisiaj jest to takie modne i często ludzie robią to choć nie wiem dokładnie z jakich powodów. Ty jesteś Robert opowiadaczem o tej gastronomi; opowiadaczem jesteś na pewno, ale kim jeszcze jesteś ?

ROBERT MAKŁOWICZ :
Ja po prostu jestem entuzjastą, tak bym to najprościej określił. Ja mam szczęście, wielkie szczęście robienia cały czas tego co lubię. Tak się złożyło, że coś, co początkowo traktowałem jako swoje hobby jedynie, ale tak naprawdę coś czego się uczyłem, również było moim hobby, bo studiując historie przecież wiedziałem, że mi to jest na grzyba potrzebne w tak zwanym zawodowym życiu, no bo co ja z tym będę robił ? To były trudne czasy, lata 80-te. Jednak przydało się i mam to wielkie szczęście, że robię to co lubię.
Natomiast wracając do początku twojej wypowiedzi, kiedy ja miałem tyle lat co pan Rafał to powiedzenie komuś, że powinien zostać kucharzem było skazaniem tego kogoś na najgorszy los. Kim można było być wówczas będąc kucharzem ? Było się częścią stołówkowo-ścierkowo-przydziałowego systemu. Dzisiaj młodzi ludzie widzą, i to jest też niezwykła zmiana, że bycie kucharzem, znanym kucharzem, to jest też wkroczenie w świat przynależny tylko nielicznym. To są  błyski fleszy, to są wywiady, to jest sława, to jest powodzenie, to jest pewnego rodzaju artyzm. 
To ma oczywiście swoje dobre i złe strony. Jeśli chodzi o kucharzy - to ma dobre, bo coraz więcej ludzi garnie się do tego zawodu i coraz więcej ludzi realizuje się w tym. Natomiast w tych sferach "około", no cóż mogę powiedzieć - tak zwani blogerzy kulinarni to w 90 % jest chłam, za przeproszeniem. To zawsze tak jest, że w tematach które są modne zaczyna się wypowiadać mnóstwo różnych ludzi i wielu z nich pisze różne bzdury. Internet jest w ogóle takim medium, który jeśli się tam coś idiotycznego zobaczy, to nie należy się tym przejmować, bo jest to bardzo pożyteczne narzędzie ale i ściek z drugiej strony. Sam nie wchodzę jakoś z naprężeniem wielkim na różne strony. Za dużo ich nie odwiedzam, ale niejednokrotnie widzę różne bzdury. Cóż się tu oburzać. Dobrze, że jest jakiś ferment, że coś się dzieje. Ktoś kiedyś powiedział, że "trzeba zamordować wszystkich, Pan Bóg wybierze swoich", to było podczas rzezi hugenotów. Podobnie jest z aktywnością w tej sferze. Niech sobie wszyscy piszą jak uważają że się na tym znają. I tak przetrwają tylko te rzeczy, które są wartościowe. To tyle.

JACEK SZKLAREK
Bardzo dziękuję za ten komentarz.

***


Dalsza część rozmowy toczyła się wokół win, o których Pan Robert Makłowicz równie wspaniale potrafi opowiadać przywołując obrazy wzgórz, na których winorośl wyrosła, mówiąc o ludziach którzy to wino z pasją tworzyli i opisując smak i aromat prezentowanych podczas tego spotkania trunków do degustacji.








4 komentarze:

  1. Świetna relacja, a ja bardzo zazdroszczę tego spotkania !

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię programy Makłowicza ,ciekawa postać - fajna relacja

    OdpowiedzUsuń
  3. W ogladanych programach kulinarnych gdzie pokazuje Pan co jak przygotowac zauwazylem,ze przy probowaniu potraw uzywa Pan lyzki z ktorej probowana jest potrawa
    i pozniej ta sama lyzka miesza Pan dalej potrawe: Nie jest to apetycz e czy estetyczne a napewno jest to niedopuszczalne. W jednym z programow sprobowal Pan potrawa pozniej ta sama lyzka nalozyl na talerz i co najgorsze podal gosciowi do zjedzenia.OKROPNOSC!!!! Mam nadzieje, ze to byl ktos z rodziny lub znajomy co sie godzi na takie praktyki. To bylo NIEPROFESJONALNE:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Anonimku odnoszę nieodparte wrażenie, że nie czytasz ze zrozumieniem :)
      Zwracasz się do mnie "per Pan" sugerując przy tym, że oglądasz programy telewizyjne z moim udziałem w roli głównej. Prawie mi to schlebia :) Sugeruję jednak abyś w przyszłości nie wpisywał komentarzy bez zastanowienia bo to też co najmniej NIEPROFESJONALNE ;)

      Usuń